Najważniejsza rzecz, której nauczyła mnie Mama

Nikomu nie życzę takiego zbierania najważniejszych życiowych nauk. Jednak jestem wdzięczny, że przyszło mi tego doświadczyć.

Doznałem największego wewnętrznego przełomu towarzysząc mojej Mamie w jej ostatnich dniach. Nigdy nie zrozumiałem tak wielu rzeczy, w tak krótkim czasie. Czułem jakby brakujące od lat elementy układanki, wpadały po kolei na swoje miejsce. Lawina poruszona wówczas, trwa do dziś.

Teraz, kiedy Mamy tu już nie ma, czuję się tak, jakby z kompasu zniknęła północ i trzeba było się poruszać po omacku.

Ostatnią granicą, która powstrzymywała mnie od rzeczy, których dziś bym żałował, było obecne w tle pytanie „Co powie na to Mama?” Nie! Nie w jakimś lukrowanym mamisynkowym sensie. W oparciu o jej niekwestionowany moralny i życiowy autorytet, który dla mnie i mojej siostry stanowiła. Dlaczego? Przez to jak żyła.

Nie dlatego, że była idealna. Bo nie była. Jednak nie znałem nikogo, kto piękniej i bardziej konsekwentnie zmagałby się ze sobą i swoimi niedoskonałościami, żeby być zwyczajnie dobrym dla innych.

Nie dlatego, że robiła jakieś wielkie, nadzwyczajne rzeczy. Dlatego, że z rzeczy drobnych, często niezauważalnych, utkała sobie niezwykły nimb szacunku u wszystkich, którzy mieli okazję ją poznać.

Nie dlatego, że wywierała wpływ na otoczenie dominując. Potrafiła zmienić świat wokół siebie służąc, pozostając w cieniu i nie oczekując niczego w zamian.

Wiele było tych życiowych nauk. Nie sposób je wszystkie wymienić.  Na zrozumienie niektórych z nich potrzeba mi było wiele czasu.

Jednak ostatnią i najważniejszą rzeczą jakiej chciała nauczyć nas Mama było odchodzenie. Umieranie. Jeśli mówię o elementach obrazu, które wówczas znalazły swoje miejsce, to dlatego, że wtedy zrozumiałem, że umierasz tak jak żyjesz. W odchodzeniu towarzyszy ci to,  co miałeś przy sobie w życiu. Jesteś wówczas, w ostatnich przebłyskach życia i świadomości, taki jaki najbardziej w życiu prawdziwie byłeś.  Są z tobą ci, przy których byłeś ty – jedni jeszcze z tej, inni z drugiej strony. Dostajesz takie odchodzenie, umieranie i taką pamięć o sobie, jakie ofiarowałeś światu życie.

Mama zmagała się wiele lat z chorobą, która, kiedy myśleliśmy, że jest zupełnie zaleczona, pojawiła się znienacka i ostatecznie. Dowiedzieliśmy się o jej  gwałtownym wybuchu dokładnie w Dzień Matki. W kilka tygodni pokonała nasze beznadziejne, jak wówczas sądziliśmy, zmagania.

Dziś jednak wiem, że Mama odeszła na swoich warunkach i w „wybranym przez siebie” czasie. Odeszła wówczas, kiedy mogliśmy – jej dzieci i wnuki – być przy niej blisko, bez ograniczeń i w taki sposób, który pozwolił nam wrócić do naszych spraw bez stawiania świata na głowie, choć byliśmy na to gotowi. Ona  do końca chciała nam służyć a najbardziej martwiła się tym, że swoim odchodzeniem może sprawić kłopot innym. Świadomie pozwoliła być przy sobie. Dała nam zajrzeć, za opadającą kurtynę spraw ostatecznych. Pokazała nam jak się odchodzi.  Dopiero kiedy po wszystkim, porządkowałem pozostawione przez nią sprawy, zobaczyłem jak bardzo była świadoma i gotowa.

Od dnia jej śmierci, mam w sobie codzienną wdzięczność za tę ostatnią wielką, trudną naukę z którą mnie zostawiła. To było ostatnie wskazanie kompasu, z którym zostałem i próbuję przy jego pomocy szukać kierunku, kiedy zaczynam się gubić.

(zdjęcie: archiwum rodzinne)

 

Jarek Guc

 
  • Joanna Badowska-Kionka

    …przeczytałam…wzruszyłam się…powspominałam…i pozwolisz, że na tym zakończę.

  • http://fotografia-prania.blogspot.com/ Karolina

    bardzo wzruszające.. przepiękne.
    dużo sił życzę!

    choć niestety nie każdemu dane jest umierać tak, jak żył.

Subskrybuj
Posty na maila
Join millions of other followers
Powered By WPFruits.com