Cześć / Namaste

Kiedy piszę ten list, za oknem jest szarobury, deszczowy poranek, bardziej przypominający późny październik niż czerwiec (może poza temperaturą). Jak wiele zależy od światła… W dni takie jak ten trzeba sięgać do tego wewnętrznego.
Studiuję ostatnio zagadnienia związane ze snem, szykując zestaw pomocy do lepszego zasypiania i zdrowego spania i okazuje się, że im solidniejsza ekspozycja na światło słoneczne w ciągu dnia, tym łatwiejsze zasypianie i lepsze spanie nocą, kiedy słońce zajdzie. Nasz organizm potrzebuje wyraźnych sygnałów dla zegara około-dobowego, dla rytmu życia. Teraz jest dzień i działamy. Teraz jest noc i śpimy.
Moja Żona i Dzieci wiedzą, że zawsze uparcie „poluję” na zachody słońca chcąc zobaczyć to niezwykłe misterium odchodzącego wraz ze światłem dnia. Na ostatnich wakacjach na końcu świata do zachodów słońca dołączyłem i wschody, wymykając się przed świtem, żeby powitać wstający wraz ze słońcem dzień.

Niezwykła jest natura światła i potrzeba światła w nas – tego fizycznego i tego metaforycznego .
Fenomen świecącego ożywiającego wszytko słońca, bez którego nie ma życia.
Niezwykłość wpatrywania się w płonące ognisko
Świetlista intymność pojedynczej płonącej świecy, czy ciepło wielu zapalonych świec.
Mówimy, że ktoś ma światło w sobie.
Tęsknimy za światłem w długie, ciemne, jesienno-zimowe miesiące.
Zachwycamy się pięknie oświetlonymi miejscami, pomieszczeniami, przestrzeniami.
Mój syn uwielbia bawić się kryształem z dziesiątkami facet – pryzmatów tworzącym tęczowe wzory w otoczeniu kiedy wstawić go w promień słońca.
Małym lusterkiem puszczamy zajączki. Gdy tylko jest okazja robimy dzięki światłu teatr cieni na ścianie, czy przyglądamy się naszym wydłużonym w zachodzącym słońcu cienistym sylwetkom.
Ciekawe czy zabawy z cieniami przywiodą go do podobnych rozważań jak Platona z jego metaforą cieni w jaskini? U Platona wyjście z jaskini miało być porzuceniem cienistych iluzji i zobaczeniem prawdziwości życia. Wyjście z jaskini – tak sobie to wyobrażam – jest wyjściem w stronę światła.
Pamiętam niezwykłość chwili, kiedy egipski kierowca zatrzymał w środku pustynnej pustki taksówkę, którą wracaliśmy nocą z klasztoru świętej Katarzyny. Było setki kilometrów do najbliższych oświetlonych sztucznym światłem przejawów cywilizacji. Wysiedliśmy – unieśliśmy głowę do góry. Na ciemnym niezmąconym żadnym oświetlenim niebie gwiazdy nigdy wcześniej i nigdy później nie były tak jasne i nie były tak blisko. Prawie spadły nam na głowę.
Światło podróżuje ze słońca na ziemię osiem minut i dwadzieścia sekund.
Ostatnio słuchałem o docierającym na ziemie po milionach, miliardach lat świetle z gwiazd na krańcach kosmosu – gwiazd które już nie istnieją, kiedy wyemitowane przez światło jest dostrzegane przez nas – przeze mnie.
Już samo myślenie o tym jest formą kontemplacji niezwykłości tego co nas otacza – inteligencji życia, siły sklejającej wszechświat w jedną całość.
Odczuwam coś podobnego kiedy czytam pisane metaforycznym światłem, słowa powstałe przed dziesiątkami, setkami czasem tysiącami lat, przez tych, których już nie ma, a którzy próbowali w swoich pismach, książkach, zapisanych często przez uczniów przekazach, opowiedzieć o swoim doświadczaniu, odczuwaniu, rozumieniu niezwykłości świata i kierującej nim siły. O swoim doświadczaniu światła – na zewnątrz nich i i wewnętrznego światła, które w nich płonęło, jaśniało, przygasało, odradzało się.
Czuję całym sobą tę trudność wyrażenia słowami tego, co odbywa się w warstwie odczuwania, doświadczania – przed słowem, czy nawet przed myślą. Dotykania światła lub cienia, wewnętrzną człowieczą istotą.
Uwielbiam momenty dominowane przez światło.
Wystawienie twarzy do nieśmiałych wiosennych – delikatnych jak nowalijki – pierwszych słonecznych promieni. Niezwykłość chwili, kiedy samolot przebijający się przez nisko wiszące chmury – szczególnie gdy na ziemi jesień, zima czy deszcz – wzlatuje na poziom, na którym nic już nie blokuje słońca i nagle przez małe samolotowe okienko, uderza w oczy blask, rozpuszczając wszystkie myśli, troski i przytłaczające zachmurzone nastroje.
Nasycenie – wręcz pozytywne wymęczenie słońcem i ciepłem – gdzieś po kilkunastu dniach spędzonych na wakacjach, na które składa się plażowanie, spacerowanie w słońcu, podziwianie jego wschodów i zachodów. To uczucie naładowania jedyną w swoim rodzaju energią własnych, naturalnych słonecznych baterii.
Uwielbiam to eksponowanie się na światło fizyczne i metaforyczne światło pozytywnych inspiracji, myśli, odczuć, uczuć emocji.
Często mówię o byciu „po jasnej stronie mocy” albo „słonecznej stronie ulicy” jak w piosence znanej z wykonań Franka Sinatry, Nat King Colę-a czy Louisa Armstronga. Posłuchaj Frank Sinatra „On the Sunny Side of the Street”.
Natalia Kukulska śpiewa w ’Piosence Światłoczułej’:
”Dokoła mrok
I we mnie ciemno tak
Tak bardzo oo
W mój własny szept otulam się
Wołam tu ciebie hej je
Światło
Nosisz je w sobieŚwiatło
Nie zgaśnie choćbyś chciał
Światło
Pozwól mi choć jeden raz
Tylko jeden raz przy nim znowu ogrzać sięZapalasz mnie
Powoli budzę się
W górę podnosi głowę kwiat
Do słońca do ciebie (…)Światło w sobie masz
W tobie cudowny dar
Światło moje mieszka w tobie
Nie zgaśnie choćbyś chciał”
Światło, jasność, oświecenie, blask – długo można by inspirować się głębią metaforycznych znaczeń płynących z tych pojęć…
A jakie nuty porusza w Twoim sercu słowo światło, czy metaforyczne pojęcie światła?
Jeśli jeszcze nie subskrybujesz mojego newslettera, zapisz się, aby nie przeoczyć kolejnych Pełnych Spokoju Listów pisanych do Ciebie.
namaste i cześć
